|
Świadkowie twierdzą, że akcja gaszenia pożaru w budynku przy Wolińskiej w Kamieniu Pomorskim była źle zorganizowana i ludzie sami ratowali sąsiadów. W hydrantach w budynku brakowało ponadto wody.
"Rzeczpospolita" umieściła na swoich łamach rozmowę z Danielem Kowalińskim, starszym kapitanem. "Według mnie pożar był zbyt późno zauważony, ludzie spali głęboko - był to drugi dzień świąt, wolny od pracy. Pierwsza jednostka przyjechała na miejsce już po dwóch minutach od zgłoszenia, ale na ratunek było właściwie za późno. Główna klatka schodowa stała w ogniu, na korytarzach to samo (...) Ktoś, kto patrzy z boku, ocenia, że akcja była źle zorganizowana, chaotyczna. Tymczasem prawda jest taka, że ten budynek jest ogromny, ma kilka wejść.
Dla strażaka priorytetem jest ratowanie ludzi. Ale musi też myśleć o własnym bezpieczeństwie. Powtarzam: kiedy przyjechaliśmy na miejsce, budynek cały był już w ogniu, za późno nas wezwano (...) Wszystkie ofiary znaleźliśmy w środku, w pogorzelisku. Trudno powiedzieć, od czego zginęli. Praktyka mówi, że najpierw zabójcą jest czad, że nie spłonęli żywcem (...) Niedawno instalacja elektryczna w budynku była wymieniana na nową. Mieszkało tam dużo rodzin, każdy miał czajnik elektryczny i instalacja nie wytrzymywała (...)
Krzysztof Gawroński, administrator budynku, oficjalnie odrzucał oskarżenia, że wyjścia awaryjne były zamknięte. Właśnie ich otwarcie - jego zdaniem - spowodowało pogorszenie sytuacji i szybkie rozprzestrzenienie się ognia. Zapewnił, że stan techniczny budynku był dobry, ale konstrukcja była łatwopalna, dlatego pożar rozprzestrzenił się tak szybko (...) Osobiście pamiętam, że w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy byliśmy tu na pewno dwa razy. Raz rzeczywiście było to zaprószenie ognia, ale za drugim razem spalił się garnek. Wszystko będziemy szczegółowo analizować" - powiedział Daniel Kowaliński.
źródło: Rzeczpospolita, autor: Sylwia Szparkowska |